Znajdź w serwisie:
Polecamy
2010-06-30
...a z nim trzecia część przygód Pelka - zatytułowana "Kariera Pelagiusza M. - Praktyka" - oraz ogłoszenie o onwym konkursie, tym razem fotograficznym.
2010-02-03
ze spektaklem "Aban i bezpieczny przejazd"
2009-10-05
Rodzice Rodzicom - dalekie
Witam!
:-)... przeczytałam i postanowiłam napisać (pierwsza), bo u nas było tak:
Na początku tego roku postanowiliśmy wyjechać z naszym małym 2-letnim Frankiem do Tunezji. No i zaczęło się. Wszystkie babcie, dziadkowie i mnóstwo innych osób za wszelką cenę próbowali nam odradzić ten pomysł. Dlaczego? Bo za daleko, bo różnica temperatur, bo kraj muzułmański, lekarza nie ma, jedzenie inne, choroby…woda nie do picia…itp. itd. Nasłuchaliśmy się, nadenerwowaliśmy, nagadaliśmy do późnych nocy. Ja po tygodniu miałam dosyć, ale nie mój mąż, zodiakalny byk. Najpierw przewertował wszystkie przewodniki, przeszperał Internet, przemaglował panią w biurze podróży i spokojnie rozwiewał wszystkie obawy bliskich. W końcu, gdy uspokoił każdego, w tym mnie, zadecydował – jedziemy. Wybraliśmy ofertę last minute, w jednym ze znanych biur podróży. Przede wszystkim przekonała nas cena, zwłaszcza, że chcieliśmy pojechać na 3 tygodnie.
No i pojechaliśmy. To były nasze pierwsze tak fantastyczne wakacje od momentu narodzenia syna. Fantasyczne bo wreszcie wyjechaliśmy wszyscy razem.
Po pierwsze podróż samolotem wcale nie była długa. W hotelu było mało ludzi i prawie cały mieliśmy do swojej dyspozycji. Francio przemierzając obszerne powierzchnie bez asekuracji był w niebo wzięty.
Obsługa hotelu była przemiła i wykazywała się niesamowitą wyrozumiałością wobec naszego „żywego srebra” i muszę w tym miejscu zaznaczyć, że muzułmanie z niezwykłym szacunkiem traktują zarówno matki, jak i dzieci.
Temperatura około 18 stopni była wymarzona, zwłaszcza że gdy wyjeżdżaliśmy z Polski było tylko 10 mniej, więc nie było mowy o szoku termicznym.
Z pomocy lekarza na szczęście nie musieliśmy korzystać, ale dowiedzieliśmy się, że każdy hotel ma lekarza współpracującego, który przyjeżdża na każde wezwanie.
Za to musieliśmy odwiedzić aptekę, bo mąż alergik kiepsko znosił wysuszone klimatyzacją hotelowe powietrze. I tu przeżyliśmy miłe zaskoczenie, bo pani farmaceutka udzieliła nam w kilku słowach fachowej porady, mimo iż nagle zabrakło nam znajomości angielskich słówek i musieliśmy zrobić małe przedstawienie objawów, chrząkając i fukając ku niesamowitej uciesze Franka.
Z jedzeniem również nie było problemu, bo w hotelach podawane jest jedzenie mniej ostre i mniej aromatyzowane. Były dania tradycyjne, wrzywa, owoce, a do tego zupy, pyszne naleśniki smażone na życzenie i oczywiście pieczona na miejscu pizza. Nasz dwulatek zawsze miał na coś ochotę. Wzięliśmy sobie tylko do serca zasadę przekazaną przez panią z biura podróży i przez pierwsze 3 dni nie jedliśmy nic surowego. Frankowi surowiznę wprowadzaliśmy jeszcze wolniej. Po tygodniu mogliśmy jeść wszystko do woli.
Z wodą też nie było problemu, bo dostawaliśmy ją w dowolnej ilości, w fabrycznie zamykanych butelkach.
Niestety ze względu na Francia nie wybieraliśmy się na wycieczki fakultatywne. Cały pobyt spędziliśmy na terenie hotelowym lub jeżdżąc do pobliskich miejscowości, korzystając z transportu ciuchcią, tuk-tukiem lub taksówką.
Było tak wspaniale, że gdy wróciliśmy szczęśliwi i wypoczęci nikt nawet nie wspomniał o obawach sprzed wyjazdu.
Ta podróż sprawiła, że nabraliśmy ochoty na kolejne. Tym razem może to będzie Egipt – oczywiście zimą.
Wszystkim rodzicom mogę powiedzieć jedno: nie bójcie się wyjazdu z dziećmi, ale postarajcie się go zaplanować jak najbardziej szczegółowo. A ponadto, mimo wszystko wsłuchujcie się w obawy swoich bliskich. Próbując je rozwiać jeszcze lepiej przygotujecie się do wyjazdu.
Na początku tego roku postanowiliśmy wyjechać z naszym małym 2-letnim Frankiem do Tunezji. No i zaczęło się. Wszystkie babcie, dziadkowie i mnóstwo innych osób za wszelką cenę próbowali nam odradzić ten pomysł. Dlaczego? Bo za daleko, bo różnica temperatur, bo kraj muzułmański, lekarza nie ma, jedzenie inne, choroby…woda nie do picia…itp. itd. Nasłuchaliśmy się, nadenerwowaliśmy, nagadaliśmy do późnych nocy. Ja po tygodniu miałam dosyć, ale nie mój mąż, zodiakalny byk. Najpierw przewertował wszystkie przewodniki, przeszperał Internet, przemaglował panią w biurze podróży i spokojnie rozwiewał wszystkie obawy bliskich. W końcu, gdy uspokoił każdego, w tym mnie, zadecydował – jedziemy. Wybraliśmy ofertę last minute, w jednym ze znanych biur podróży. Przede wszystkim przekonała nas cena, zwłaszcza, że chcieliśmy pojechać na 3 tygodnie.
No i pojechaliśmy. To były nasze pierwsze tak fantastyczne wakacje od momentu narodzenia syna. Fantasyczne bo wreszcie wyjechaliśmy wszyscy razem.
Po pierwsze podróż samolotem wcale nie była długa. W hotelu było mało ludzi i prawie cały mieliśmy do swojej dyspozycji. Francio przemierzając obszerne powierzchnie bez asekuracji był w niebo wzięty.
Obsługa hotelu była przemiła i wykazywała się niesamowitą wyrozumiałością wobec naszego „żywego srebra” i muszę w tym miejscu zaznaczyć, że muzułmanie z niezwykłym szacunkiem traktują zarówno matki, jak i dzieci.
Temperatura około 18 stopni była wymarzona, zwłaszcza że gdy wyjeżdżaliśmy z Polski było tylko 10 mniej, więc nie było mowy o szoku termicznym.
Z pomocy lekarza na szczęście nie musieliśmy korzystać, ale dowiedzieliśmy się, że każdy hotel ma lekarza współpracującego, który przyjeżdża na każde wezwanie.
Za to musieliśmy odwiedzić aptekę, bo mąż alergik kiepsko znosił wysuszone klimatyzacją hotelowe powietrze. I tu przeżyliśmy miłe zaskoczenie, bo pani farmaceutka udzieliła nam w kilku słowach fachowej porady, mimo iż nagle zabrakło nam znajomości angielskich słówek i musieliśmy zrobić małe przedstawienie objawów, chrząkając i fukając ku niesamowitej uciesze Franka.
Z jedzeniem również nie było problemu, bo w hotelach podawane jest jedzenie mniej ostre i mniej aromatyzowane. Były dania tradycyjne, wrzywa, owoce, a do tego zupy, pyszne naleśniki smażone na życzenie i oczywiście pieczona na miejscu pizza. Nasz dwulatek zawsze miał na coś ochotę. Wzięliśmy sobie tylko do serca zasadę przekazaną przez panią z biura podróży i przez pierwsze 3 dni nie jedliśmy nic surowego. Frankowi surowiznę wprowadzaliśmy jeszcze wolniej. Po tygodniu mogliśmy jeść wszystko do woli.
Z wodą też nie było problemu, bo dostawaliśmy ją w dowolnej ilości, w fabrycznie zamykanych butelkach.
Niestety ze względu na Francia nie wybieraliśmy się na wycieczki fakultatywne. Cały pobyt spędziliśmy na terenie hotelowym lub jeżdżąc do pobliskich miejscowości, korzystając z transportu ciuchcią, tuk-tukiem lub taksówką.
Było tak wspaniale, że gdy wróciliśmy szczęśliwi i wypoczęci nikt nawet nie wspomniał o obawach sprzed wyjazdu.
Ta podróż sprawiła, że nabraliśmy ochoty na kolejne. Tym razem może to będzie Egipt – oczywiście zimą.
Wszystkim rodzicom mogę powiedzieć jedno: nie bójcie się wyjazdu z dziećmi, ale postarajcie się go zaplanować jak najbardziej szczegółowo. A ponadto, mimo wszystko wsłuchujcie się w obawy swoich bliskich. Próbując je rozwiać jeszcze lepiej przygotujecie się do wyjazdu.
Ula z Warszawy, mama 2,5-letniego Franka
